7 czerwca 2015

Piknik Pszczyński


To już trzeci piknik krynoliny w Pszczynie. Tym razem datowanie obejmowało lata 1890-1910, lata kojarzone szczególnie z księżną Daisy.


Myślę, że ten obraz całkiem dobrze oddaje nastrój pikniku.

Na początku panował lekki zamęt, gdy wszyscy witali się wzajemnie i trwały ostatnie poprawki. Zawieranie nowych znajomości i te słowa niejednokrotnie zasłyszane: "myśmy się jeszcze nie spotkały w na żywo?" ;p



Ciężko byłoby wyłonić jedną kreację która byłaby najlepsza, każda była piękna w swojej odrębności i myślę, że wyróżnienie tylko jednej, byłoby dosyć krzywdzące.
Nie zabrakło też pięknych kapeluszy czy uczesań. Niemalże każda pani miała własnoręcznie sporządzone nakrycie głowy. (To uczucie, gdy będąc w domu myślisz- mój strój jest super. Przyjeżdżasz na event i masz ochotę schować się w krzaki). Mój ubiór piknikowy możecie zobaczyć tutaj .





Nieprawdaż, że epokowo?

Reklamy znanej już wtedy coca-coli .






Sielankowy nastrój przerwała nadciągająca burza. Wystarczyło kilka grzmotów i silniejsze podmuchy wiatru aby zapanował popłoch i wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy, aby udać się do kawiarni na rynku.


Wystarczyła chwila aby zjawiło się dwóch panów, którzy chętnie służyli pomocą :)
 


Nie zabrakło także historycznych gier.




Odbył się także wcześniej już zapowiadany, konkurs na najlepszy edwardiański kapelusz.



W międzyczasie wybraliśmy się na zwiedzanie zamku i czasowej wystawy wachlarzy. Najbardziej zainteresowały mnie najwcześniejsze formy wachlarzy w formie chorągiewek i mniej typowe kształty np. w formie koła, czy 'wiatraczków'. Renesans zawsze kojarzyłam wyłącznie z wachlarzami- chorągiewkami, otóż okazało się, że już w połowie wieku XVI pojawiły się formy składane, znane nam współcześnie.




Na piknik przyjechało sporo osób, wielu zabrało ze sobą swoje rodzeństwo. Można było spotkać także całe rodziny z dziećmi wyglądającymi jakby właśnie wyszły z obrazów. 







Film nakręcony przez Eleonorę.




Za zdjęcia dziękuję Paulinie Kowalczyk i autorce Saasankowe fotki.

2 czerwca 2015

1900- strój codzienny

Cały ten strój balansuje na granicy historyczności a stylizacji, a więc dlaczego musiało powstać coś tak połowicznego? Otóż chciałam uczestniczyć w pikniku krynoliny w Pszczynie, a nie do końca był to mój ulubiony okres.

Jak to leży w mojej naturze, albo przyjmuje wszystko z danej epoki albo nic i wtedy idę w stronę minimalizmu, ewentualnie klasycznej elegancji.
Od początku w kreowaniu tego stroju stawiałam na maksymalną prostotę i minimum pracy :P  
Tak też się stało, do tego celu wykorzystałam bluzkę mojej praprababci która pochodzi z początku XX wieku (krój funkcjonował też w XIX). Możliwe nawet, iż była szyta na tej samej maszynie na której ja obecnie szyję, lub na starej 'singerce' która ma już za sobą lata swej świetności, ale która podobno była świetna i szyła wszystko łącznie z skórami. Bluzka choć ma dziś już sporo lat, doskonale się trzyma i o dziwo jest idealnie moich wymiarów (pewnie z tego samego powodu moja prababka i babcia jej nie nosiły).


Bluzka jest była częścią stroju regionalnego- śląskiego. Zwana jest jaklą i noszona była od święta przez mężatki, jedynie do kościoła- jak to bywało w klasach chłopskich- a później trafiała do szafy aby znów czekać na swoją kolej.
Kiedyś miałam ogromną przyjemność nosić jaklę która była z czarnej grubej satyny jedwabnej (to się jakoś inaczej nazywa). Miała około stu lat i ledwo już się trzymała ale była przepiękna o_o

 


Na spódnicę wykorzystałam poniższy wykrój, przy czym nieco go zmodyfikowałam.Wełniana spódnica jest podszyta bawełnianą podszewką, szwy są rozłożone i schowane do wewnątrz, między dwie warstwy.

Przemysław Krystian Faryś- Ubiór kobiecy i jego tajemnice 1780- 1930
Jak widzimy powyżej, spódnica powinna być zabezpieczona tkaniną impregnowaną i najlepiej jeszcze aksamitnym paskiem u dołu. Wprawdzie zamówiłam tkaninę impregnowaną, lecz okazała się zbyt gruba i ciężka. Ostatecznie pozostała tylko bawełniana podszewka.. co było błędem.
Szycie wełny też było dosyć kłopotliwe, wykorzystałam splot płócienny- tak jak to było opisane na eksponatach- a jednak okazała się zbyt ciężka i gruba. Dodatkowo dziwnie się marszczy i faluje (to raczej moja wina niż wełny).



Pod spód założyłam mój underbust. Co prawda w tamtym okresie były nieco inne gorsety, ale nie można zaprzeczyć, że wcześniej takich nie było.



Pozostaje jeszcze kwestia codzienności tego stroju. Sprawa jest prosta, jak podaje P.K. Faryś w swojej książce" Ubiór kobiecy i jego tajemnice 1780- 1930"  dół bluzki zazwyczaj był skryty w spódnicy, a w codziennych ubiorach dopuszczalne było, aby ze względu na wygodę, był noszony na wierzchu.